sob. Kwi 17th, 2021

Tendencja spadkowa została, niestety, utrzymana. W styczniu udało mi się zagrać 30 razy, w lutym miałem na swym koncie zaledwie 26 partii, a ściślej… 25,5. Dlaczego to tak? Zapraszam do lektury.

Na początku muszę jednak przyznać, że był to całkiem niezły miesiąc pod względem jakościowym, bowiem udało mi się zasiąść do kilku naprawdę niezłych tytułów z różnych kategorii, nie tylko ulubionego przeze mnie euro. Pojawiły się gry nowe, ale i takie, które sprawdziły się w poprzednich miesiącach. A zatem…

5

SUSHI ROLL – Gra, która pojawiła się u mnie przed końcem lutego. Na ostatni weekend miałem zaplanowany wyjazd i szukałem czegoś, co mogło być szybkie do wytłumaczenia i jeszcze szybsze do zagrania. Patrząc na półkę wytłumaczyłem sobie, że takiej gry w kolekcji nie posiadam (taaa, jasne…), czym usprawiedliwiłem wydanie kolejnych 50-kilku złotych na nową planszówkę. Był to jednak doskonały wybór, bowiem gra sprawdziła się w gronie osób, o których na pewno bym nie powiedział, że są nowicjuszami w temacie. Prostota zasad połączona z możliwością podbierania sobie kości… Przeczuwam, że i rodzinka może podchwycić temat, chętnie sprawdzę to przy najbliższej okazji.

3

TROYES DICE – Cóż ja mogę poradzić, że jak mam ochotę na turlankę, to wybieram właśnie Troyes Dice? Pisałem już o niej wiele, powtarzać się nie będę. Jeszcze się nie znudziła. Kropka. 🙂

COMMANDS & COLORS ANCIENTS – Cała system zaczyna się w końcu przebijać na powierzchnię i dobrze, bo lubię jego prostotę zasad i szybkość rozgrywki. Doceniam również możliwość gry „na dwie ręce” i wcale nie traci ona na uroku, po prostu w rozgrywce z żywym przeciwnikiem tej frajdy jest jeszcze więcej. Plan na ten rok jest taki, aby uzupełnić sobie braki w kolekcji właśnie z tej serii (C&C:A, C&C:N oraz C&C:M), na tyle oczywiście, na ile poszczególne dodatki będą dostępne. No i może w końcu znaleźć kogoś, kto będzie chciał ze mną w to regularnie grać face to face. 🙂

2

THE CASTLES OF BURGUNDY – THE CARD GAME – Dwie rozgrywki w tę niepozorną karciankę uświadomiły mi, że niedaleko pada jabłko od jabłoni a Feld dobrym projektantem jest. Co do tego drugiego nigdy co prawda wątpliwości nie miałem, ale dzięki temu, że gra czerpie z oryginalnych Zamków, ale i dodaje coś od siebie, cieszę się, że mam ją w kolekcji. I na pewno jeszcze nie raz na stół powróci. A Wy zawsze możecie zapoznać się z przykładową rozgrywką.

TROYES – Wielki, ogromny wręcz, powrót na stół. Szkoda, że „tylko” w wersji solo, ale jaka to jest gra! Wiem, że na jej odmianę kościaną patrzę przez pryzmat właśnie „dużego” Troyes, ale co mi tam, to kawał świetnego euro i można go nie lubić, ale nie wypada nie znać. Chcę więcej i więcej. Także zresztą i tutaj możecie obejrzeć zapis jednej z moich rozgrywek.

1

PANDEMIC HOT ZONE – Bo to Pandemic, za którym wciąż przepadam. Tyle. 🙂

RIALTO – Feld is back! Na wyborze tej gry zaważył akurat brak czasu a błyskawiczny setup i znajomość zasad spowodowały, że w chwilę po zdjęciu pudełka z półki rozgrywka mogła się zacząć. Ale tak, potwierdzam, to właśnie mój ulubiony Feld – wszyscy robimy tę samą akcję i sprawdzamy kto lepiej wykorzysta swoją przewagę.

THE CASTLES OF BURGUNDY – THE DICE GAME – Ma konkurencję w postaci Troyes, ale o niej także nie zapominam. Wciąż bawi… a może to po prostu magia Zamków?

BABYLONIA – Knizia od jakiegoś czasu kojarzy mi się właśnie z tą grą. Dobrze to czy źle? Sam nie wiem. Ale jeśli regularnie wraca na stół, znaczy to, że jest z nią dobrze. No i uwielbiam patrzeć na planszę, dla mnie grafika wygląda cudnie.

BRUXELLES 1893 – Pearl Games to już dla mnie nie tylko Troyes. Bruksela to bardzo dobre euro, niby punktujemy w kilku różnych obszarach, ale musimy poszukać synergii między nimi. Temat oczywiście doklejony, ale co tam! Przyjrzyjcie się jej, bo myślę, że warto.

FEUER FREI! – Nooo, nie o takim Friese myślę, gdy zasiadam do stołu, ale skoro nie ma chętnych to Wysokiego Napięcia, to trzeba się ratować mini-tytułami. Śmieszna, lajtowa, matematyczna. Ognia!

MARCO POLO – Tradycji stało się zadość. Włosi raz na miesiąc. Tyle.

7 CUDÓW ŚWIATA POJEDYNEK – rozgrywka, którą także zarejestrowałem, aby można było poznać zasady. Nawet jednak podejmując decyzje za dwie osoby, warto było sobie ją przypomnieć. A miałem do niej mimo wszystko dość chłodny stosunek tuż po premierze. Cóż, czasy się zmieniają, gusta ludzkie ponoć też.

ZEW PRZYGODY – Wydaje mi się, że sama rozgrywka nie dorównuje opisowi gry, który znajdziecie prawdopodobnie w każdym internetowym sklepie. Mechanicznie nic złego, chociaż też nic wyszukanego, ale już to „opowiadanie historii” jest takie trochę na siłę, tzn. wiadomo, że i tak chodzi o punkty zwycięstwa a że nasza postać po drodze spotkała sojusznika… Można byłoby rzeczywiście z tego utkać jakąś opowiastkę, może jakiś zalążek fabuły tam się pojawia, ale i tak czynimy to „sobie a muzom”, bo rywal tworzy swoją własną opowieść, która w żaden sposób nie ma wpływu na naszą. Szkoda, bo rzeczywiście mogłoby być tu trochę więcej punktów wspólnych, wtedy faktyczne byłoby to ciekawsze doświadczenie.

DYLEMAT WAGONIKA – To gra dla osób o specyficznym podejściu do… właśnie nie wiem, czy do samego grania. Tu chyba raczej chodzi o to, aby z układanych kart stworzyć historię nie pod siebie, ale pod osobę, która skieruje wagonik na właściwy tor. Jest w tym sporo śmiechu, bo i sporo kart jest na maksa pokręconych, ale chyba nawet grą bym tego nie nazwał. To produkt do spędzania wolnego czasu, najlepiej przy alkoholu – ja próbowałem na trzeźwo i było sporo śmiechu, ale to głównie dlatego, że zagraliśmy w nią „prosto z pudełka”. Mogą tu jednak dość mocno wyjść na wierzch nasze sympatie i antypatie i dobrze jest mieć tego świadomość.

BRASS LANCASHIRE – Zostawiam ją na koniec, gdyż to jest właśnie owa połówka – na potrzeby przykładowej rozgrywki zagrałem tylko jej pierwszą erę, ale zapisałem ją sobie do statystyk mimo to. Ech, jak ja lubię ten stary dizajn… 🙂

Plany na marzec? Wallace, Friese, C&C! 🙂

By Marcin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *