sob. Maj 15th, 2021

Pierwszy miesiąc nowego roku nie przyniósł, niestety, zbyt wielu rozgrywek; w porównaniu do grudnia było ich prawie o połowę mniej! Jednak ciekawostką jest to, że w styczniu na stole pojawiło się więcej tytułów niż w poprzednim okresie, więc przynajmniej pod tym względem można go uznać za udany.

Ogółem przez ostatni miesiąc rozegrałem zaledwie 30 partii, ale łącznie w aż 17 gier (w grudniu było gier 16, ale aż 57 rozgrywek).

Oto jak przedstawia się klasyfikacja za styczeń:

5

TROYES DICE – Wciąż nie mam jej dość, bo szybko się rozkłada, szybko gra a że bardzo lubię oryginał, to nawet mi nie przeszkadza, że tutaj interakcji w ogóle nie ma. Dlatego też chętnie sięgam po nią w wersji solo. Na stronie wydawcy pojawiają się kolejne wyzwania i za to właśnie ich lubię. 🙂

DUŻE SUMY – kolejna turlanka, tym razem podarowałem znajomemu przy jakiejś okazji, więc jak już była chwila, żeby sobie usiąść gdzieś z boku i w coś zagrać, to kilka razy padło właśnie na ten tytuł. Zagrywam się w niego, właściwie we wszystkie odsłony, online, ale na żywo to zupełnie inna zabawa. Szczerze polecam!

3

HARRY POTTER HOGWARTS BATTLE – Najniższe miejsce na podium zajmuje ta oto gra a ilość rozegranych partii wynika z tego, że po pierwszym scenariuszu (czy jak to się tam zwie) chcieliśmy od razu rozegrać kolejne. Skończyło się na trzech, choć jak się okazało, było to wystarczające aby załapać się do czołówki najczęściej granych gier w styczniu. Tytuł lekki i przyjemny, ale ze względu na to, że książek nie czytałem, nie odnalazłem w nim grama klimatu.

2

RZUĆ NA TACĘ – Analogicznie jak w przypadku Dużych Sum, chociaż uważam ją za najtrudniejszą w całej serii. Jest najmniej elastyczna jeśli chodzi o uzyskiwane wyniki, tzn. trzeba mądrze wybierać kości i nie zostawiać sobie jednej czy dwóch na ostatni przerzut.

MEMOIR ’44 – Powrót na stół po dłuższej nieobecności. Gra uświadomiła mi, jak bardzo lubię system Commands & Colors, nie tylko ze względu na przystępność zasad i szybką rozgrywkę. Ogrom możliwości jeśli chodzi o nowe scenariusze czy osadzenie gry w różnych okresach historycznych jest niesamowity a Richard Borg na pewno jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. To akurat nie jest chyba najlepsza wiadomość dla mojego portfela, gdyż zamierzam powiększyć swoją kolekcję o możliwie jak najwięcej tytułów z tej serii (o dodatkach nie wspomnę).

BRUXELLES 1893 – Trochę niespodziewanie znalazła się w kolekcji, ale to w sumie „wina” wydawcy, Pearl Games, który projekt graficzny powierzył tej samej osobie, która wykonała arty do Troyes. Ale przecież w grach euro nie chodzi tylko o efekt wizualny. Bruxelles 1893 to zdecydowanie niedoceniony tytuł; to także gra kompletna, do której nie trzeba dodatków, rozszerzeń, modułów, tylko wszystko dostajemy od razu w jednym pudełku i bawimy się przednio. Ciekawy system wyboru akcji (a ściślej – obszaru gry, który co rundę może być inny) plus nie takie oczywiste decyzje gdzie posłać naszych robotników dają nam ledwie namiastkę tego, co znajduje się w środku. Zagrałem i chcę więcej.

1

WYPRAWA DO EL DORADO – Ostatnio grywam w nią rzadziej, ale nigdy partyjki nie odmówię. Z drugiej strony, nigdy jakoś nie mam ochoty na dwie i więcej rozgrywek z rzędu. Dobra gra, ale nie można jej nadmiernie eksploatować (co najwyżej eksplorować).

OSTATNI BASTION – Gra zagrana „prosto z pudełka”, z instrukcją w ręku, ale bardzo szybko dało się załapać o co w niej chodzi. Trudna, nawet bardzo, ale chyba dzięki temu ma się ochotę do niej wracać, w każdym razie liczę na to, że częściej pojawi się na stole w kolejnych miesiącach.

PATCHWORK – Odkurzony po naprawdę dłuższej nieobecności, potwierdza że wciąż jest dobrą, logiczną łamigłówką, która powinna się spodobać tzw. niedzielnym graczom.

CTHULHU DEATH MAY DIE – Kolejna gra znajomego, w którą grało się całkiem przyjemnie. Trochę bardziej złożona niż Zombicide, ale „fun” podobny (nie bijcie, nie znam się na grach ameri 🙂 ). Pierwsza, i jak dotąd jedyna, partia zagrana w najprostszy scenariusz, ale chętnie bym spróbował czegoś bardziej „mięsistego”.

NEWTON – Dobrze było sobie przypomnieć tego wieloosobowego pasjansa. Zagrana na potrzeby przykładowej rozgrywki, ale też na potrzeby tradycji – minimum raz w miesiącu gram w coś włoskiego. Ciekawe co na stół trafi w lutym. 🙂

W ROKU SMOKA – To się nazywa WIELKI come back! Jak ja lubię tę grę, to nawet ciężko opisać. Feld wzniósł się na wyżyny swojego twórczego kunsztu, choć samo wydanie i wygląd komponentów raczej nie przyciągają. Ta gra na szczęście nie potrzebuje żadnych wydań deluxe czy innych takich, broni się zgrabną mechaniką i emocjami do samego końca.

SZKLANY SZLAK – Rosenberg na pół godziny, ale poziom decyzyjności – w stosunku do czasu rozgrywki – ogromny. Również, a może przede wszystkim, jeśli chodzi o wybór akcji i tego, w jaki sposób one wpływają na pozostałych graczy. Tym razem grałem co prawda solo (można się zapoznać z rozgrywką na moim kanale YT), ale zabawa jest wcale nie gorsza.

CARPE DIEM – kolejna gra, którą miałem przyjemność uwiecznić, również w wersji jednoosobowej. Samo budowanie swojej planszy jest przyjemne i co ciekawe, im mniej osób, tym gra może być bardziej brutalna, gdyż rywal może nas pozbawić dostępu do pożądanych przez nas kafelków. Fajna gra, choć nie moja ulubiona tego autora.

ZAGINIONA WYSPA ARNAK – Nie spodziewałem się, że będzie mi dane w nią zagrać, ale skoro znajomy kupił i chciał się nią pochwalić, to powiedziałem – czemu nie. Nie ma tam niczego odkrywczego, choć niby o odkrywanie wyspy tu chodzi. Plusem na pewno jest to, że można się rozwijać w kilku obszarach od siebie niezależnych, ale czy gra przetrwa próbę czasu? Wszystko to już bowiem dawno wymyślono i jak człowiek chwilę pomyśli, to zapewne bez trudu wymieni gry od niej lepsze. Do ponownego zagrania – tak, ale też nie na siłę.

BLACKOUT HONGKONG – Z tytułami Pfistera nie miałem zbyt wiele do czynienia; może to wstyd się przyznawać, ale Blackout był moją pierwszą grą tego autora i to wcale nie kupioną zaraz po premierze. Odświeżyłem ją sobie i przy okazji zarejestrowałem przykładową rozgrywkę. Idealne euro do grania solo, bez automy, sztucznych graczy itp.

THE CASTLES OF BURGUNDY THE CARD GAME – Miałem ochotę na Zamki Burgundii, ale czasu nie było za dużo, więc na stole wylądowała wersja karciana. Jeśli jeszcze tego nie mówiłem to oznajmiam, że wprawdzie wzoruje się mocno na oryginale, ale wcale nie jest jego zminiaturyzowaną i uproszczoną wersją. To euro pełną gębą, na dodatek w małym pudełku i za śmieszną cenę. Uświadomiłem sobie, że ta wersja daje nam znacznie więcej elastyczności niż jej zacny poprzednik. W oryginalnych Zamkach możemy budować na określonych, kolorowych obszarach tylko do pewnego momentu, bo jak już wszystko zabudujemy, to trzeba będzie iść w inne kolory. W wersji karcianej nie ogranicza nas nic… no, może poza naszymi rywalami. Brakuje co prawda tej łamigłówki przestrzennej, ale to naprawdę kawał niezłej gry, której moim zdaniem niczego nie brakuje.

Plany na styczeń? Więcej Friese i Wallace’a. Czy ja się przypadkiem nie powtarzam? 🙂

tekst własny, obraz: pixabay.com

By Marcin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *