nie. Sty 24th, 2021

Muszę przyznać, że grudzień pod względem ilości rozgrywek nie tylko dorównał, ale i przebił wartość z listopada, co mnie osobiście niezmiernie cieszy. Sprzyjała temu na pewno świąteczna przerwa, która miała także spory wpływ na to, w co najczęściej grałem w ostatnim miesiącu roku 2020.

W odróżnieniu od listopada, tylko jedna gra doczekała się ponad dziesięciu rozgrywek. Z drugiej strony, w grudniu grałem częściej w te same gry – 16 w porównaniu do 19 w listopadzie. Przejdźmy więc do szczegółów.

17

AXIO – Czy to niespodzianka? Zapewne tak, ale jest na to sensowne wytłumaczenie. Uznałbym to za dobry omen, bowiem zdecydowaną większość partii w Axio rozegrałem w gronie rodzinnym w czasie świat Bożego Narodzenia. To oznacza, że gra im się spodobała a stąd już tylko krok do czegoś bardziej zaawansowanego. Uważam ponadto, że nie jest to tylko odgrzewanie starego kotleta (patrz – Ingenious) a granie na kwadratach zamiast heksów ma też swój urok. Nie sadziłem nawet, że tak mi się spodoba, chociaż wciąż nie wiem jeszcze, czy bardziej niż Geniusz.

7

TROYES DICE – Swoje wrażenia o tej grze opisywałem w podsumowaniu listopada, więc nie ma co do nich wracać. Najważniejsze, że po fali entuzjazmu wciąż utrzymała się na stole. Bo to w gruncie rzeczy dobra gra jest a ja wciąż nie potrafię „wycisnąć” z niej takiej liczby punktów, jaką bym chciał. 🙂

URBANISTA – miał być podarunkiem na Mikołajki, ale ze względu na to, że paczka z grą przyszła po szóstym grudnia, musiałem wykombinować inny prezent a Urbanista został u mnie. Trzeba więc było ją wypróbować. Wrażenia mam mieszane, bo niby jest to gra kooperacyjna, ale też zdecydowanie najlepiej spisuje się… w partiach solo. Na dwie osoby można coś kombinować i sobie nawzajem podpowiadać, ale dla mnie wygląda to jednak trochę sztucznie. Nie ma w niej jakiejś ogromnej przestrzeni decyzyjnej, chociaż losowanie sposobów punktacji jest całkiem udanym pomysłem. Muszę jeszcze pograć z dodatkami, może w styczniu będzie ku temu okazja, ale póki co wygląda na łamigłówkę a te z kolei na więcej niż jedną osobę raczej sensu nie mają.

Przykładowa rozgrywka solo

BONFIRE – Nowy Feld, przed którym broniłem się rękami i nogami, ale w końcu uległem. Tylu rozgrywek doczekał się tylko dlatego, że posiada tryb solo, więc dużo łatwiej było wyciągnąć tę grę na stół. Nie jest to tytuł zły, ale też – tak jak przewidywałem – nie będzie to mój ulubiony Feld. Mam wrażenie, że autor wszystko za bardzo tu wyważył, tzn. zrobił grę w taki sposób, aby nikt za bardzo nie wychylał się w sposobach punktacji. Ciężko jest odpalić siedem ognisk, bo wszystko kosztuje sporo zasobów. A to z kolei paradoks, bo niby nie ma czasu, żeby zająć się wszystkim, ale też nie da się w czymś mocno specjalizować, bo i tak ta specjalizacja na niewiele się zda. Jak już ułożymy wszystkie ścieżki lub portale, to nie możemy tych akcji więcej wykonywać. Chętnie zagram w Bonfire w maksymalnym składzie, ale jeśli wrażenia się powtórzą, to być może pożegnam się z nią bez żalu, chociaż tryb solo jest dość ciasny i nawet przyjemnie rywalizuje się z Tomem. Time will tell.

Przykładowa rozgrywka solo

4

LAS VEGAS – Kolejna świąteczna propozycja dla rodziny i kolejny winner. Rudiger Dorn ma u mnie naprawdę dużo szacunku właśnie za tę grę, bo nie wiem nawet ilu osobom już ją poleciłem i ile kolejnych zostało nią zarażonych. Banalna turlanka z mnóstwem emocji, obecnie wciąż chyba jeszcze do kupienia za śmieszne pieniądze. Nie jest to gra dla graczy, ale na rodzinne spotkania w pięcioosobowym gronie będzie jak znalazł.

2

BABYLONIA – Nowy, choć nie najnowszy, Knizia ciągle się dzielnie trzyma. To naprawdę dobra gra i podkreślam to po raz kolejny. Niby to wszystko już widzieliśmy, ale doktor od matematyki potrafi to wszystko zmieszać w takich proporcjach, że wychodzi z tego całkiem niezłe danie. Wyobraźcie sobie np. wasze ulubione mięso, które za każdym razem podane jest w inny sposób i z innymi dodatkami. Wiadomo, że zajadając się nim dzień w dzień w końcu nam się znudzi, ale jeśli dobierzemy odpowiednie proporcje, to nie ma opcji, żeby przestało nam smakować. To jest właśnie Knizia w pigułce.

PANDEMIC LEKARSTWO – Tej gry dawno u mnie na stole nie było, ale wróciła i potwierdza, że jest jedną z najlepszych odmian oryginalnej Pandemii. Choć nie ma planszy, a to w grach zawsze lubię, to jednak pod względem emocji nie ustępuje swojemu pierwowzorowi. Szkota tylko, że dodatek nie ukazał się po polsku i że w ogóle tak ciężko go zdobyć. Myślę, że wtedy Lekarstwo byłoby grą kompletną.

TORRES – Skoro się kupuje gry na promocjach, to chociaż wypada w nie zagrać. Torres o dziwo dobrze się przyjął, chociaż myślałem, że abstrakcyjna rozgrywka nie będzie tutaj magnesem. Okazuje się jednak, że gra wydana jeszcze w 1999 roku broni się po tylu latach całkiem nieźle. A trójwymiarowe elementy tylko dodają jej uroku.

ZAMKI BURGUNDII – Ostatecznie skusiłem się na Big Boxa, więc nie było opcji, aby w niego nie zagrać. Jednak obie rozgrywki były w trybie solo, który sprawdza się tutaj bardzo dobrze. Nie chodzi w nim bowiem o bicie rekordów punktowych, ale o zapełnienie całej planszy w ciągu 25 rund. Bardzo przyjemny „twist”, który moim zdaniem sprawdza się lepiej od klasycznego wyścigu po jak najwyższy wynik.

Przykładowa rozgrywka solo

1

MARCO POLO – Zgodnie z zasadą, że w gry Włochów trzeba zagrać przynajmniej raz w miesiącu. Marco Polo to zdecydowanie jedna z tych gier, do których wraca się stosunkowo „bezboleśnie”, tj. nie trzeba poświęcać kilku minut aby przypomnieć sobie koncept gry i najważniejsze zasady. Wystarczy przygotować grę i już wiadomo o co chodzi.

PANDEMIC – Bo była ochota na „klasyczną pozycję”. 🙂

PANDEMIC HOT ZONE – Bo mając dwadzieścia minut wolnego czasu i chcąc pograć w Pandemię wybiera się właśnie Hot Zone.

SCHOTTEN-TOTTEN – O, i znów Knizia. I znów gra na kwadrans, której zasady są banalne, ale rozgrywka nietrywialna. Szkoda, że ma tak dużą konkurencję, bo pewnie lądowałaby na stole częściej.

TERRAFORMACJA MARSA – Zaskoczenie, bo po raz pierwszy zagrałem w nią solo w wersji „analogowej”. I zdania nie zmieniam, to bardzo dobra gra w pojedynkę i świetna na dwie i więcej osób.

WSIĄŚĆ DO POCIĄGU LONDYN – Trochę jak z Pandemic Hot Zone. Jeśli mamy tylko 15-20 minut czasu, to nie wyjmiemy wielkiego pudła, tylko małą, ale wcale nie gorszą wersję gry. W tej odsłonie WdP musimy się naprawdę mocno uwijać, bo przeciwnicy mogą bardzo szybko skończyć grę. Minusem jest na pewno fakt, że nie ma specjalnie czasu na dobieranie nowych biletów, przez co odpada trochę element ‚push your luck’.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT – Sylwestrowa propozycja znajomego nie chwyciła mnie za serce. Moim zdaniem nie dorównuje tym tytułom, do których była przyrównywana. Najgorsze jest to, że posiada syndrom Splendora, tj. toczy się w całkowitym milczeniu, bo każdy skupia się na budowaniu swojego silniczka a draft, ze względu na wykorzystanie kart na dwa sposoby, nie jest tutaj jakoś szczególnie pasjonujący i wielce interakcyjny. Być może jeszcze jej spróbuję, ale przekonania póki co nie mam.

Plany na nowy rok? Czekam na wznowienie starych gier Felda i liczę, że w końcu na stole pojawią się Friese (duży) i Wallace. 🙂

obraz: pixabay.com

By Marcin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *