sob. Kwi 17th, 2021

Listopad obfitował w wiele interesujących rozgrywek, choć było też kilka takich, które niespecjalnie zapadły mi w pamięci. Na pewno jednak ponad 50 rozegranych gier robi wrażenie, zwłaszcza że – jak to zwykle bywa – wliczam tu tylko te tytuły, przy których zasiadałem do stołu a nie do komputera.

Liczbą miesiąca zostaje tym razem… a jakże, jedenastka, a ściślej 11.11. Nie jest to jedynie data moich imienin, ale oznacza ona również to, że w dwie gry udało mi się w listopadzie zagrać dokładnie jedenaście razy. Życzyłbym sobie co prawda, aby w przyszłości miejsca na podium zajmowały cięższe tytuły, ale i na to przyjdzie czas.

A zatem…

11

TROYES DICE – Kościane wcielenie gry, którą poznałem dość późno, ale od razu przypadła mi do gustu. Co prawda najmłodsze dziecko trójki belgijskich projektantów nie jest zminiaturyzowaną wersją zacnego oryginału (co, w jakimś stopniu, ma miejsce chociażby w przypadku Zamków Burgundii), ale też niespecjalnie nawet się na to nastawiałem. Zobaczyłem i kupiłem; wziąłem Troyes Dice takim, jakie było i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Wierzę, że i w grudniu będzie ona często gościć na moim stole. Podobnie jak w przypadku większości gier spod znaku roll and write, Troye Dice jest niezwykle smakowitym kąskiem do grania solo.

FEUER FREI! – Miesiąc bez Friese miesiącem straconym. A tak całkiem poważnie, to nie wiedziałem nawet, że ta gra ukazała się dopiero w 2019 roku, cały czas miałem wrażenie, że seria „kwadratowopudełkowych” projektów zielonowłosego koleżki ma już bez mała kilka lat. Zakup był całkiem spontaniczny, bo jak zwykle przymierzałem się do innych jego gier, ale padło też i na tą i bardzo przyjemnie się rozczarowałem. Friese raz jeszcze potwierdził, że z niczego potrafi zrobić coś. Proste dodawanie i mnożenie a ile zabawy! Jest to gra przeznaczona dla 1-2 graczy, ale w duecie nie rywalizujemy ze sobą a współpracujemy. Sęk w tym, że na dwie osoby wygrać jest znacznie trudniej niż w pojedynkę. Tytuł ten należy do serii ‚fable’, czyli wraz z każdym poziomem (tu mamy ich dziewięć) odkrywają się przed nami nowe smaczki. Jeśli weźmiecie ją do grania tylko dla siebie samych, to pewnie bardzo szybko dotrzecie do szczęśliwego finału, choć nie jest to żadne legacy, więc zawsze można zacząć od początku. Gdy jednak zechcecie spróbować swych sił we dwie osoby – możecie być pewni, że gra wystarczy Wam na znaaacznie dłużej.

7

D-DAY DICE – Najniższy stopień podium dla kolejnej turlanki, ale tym razem już bez żadnego skreślania zasobów, punktów etc. Wielki powrót do kolekcji – dosłownie i w przenośni. W przenośni, bo kiedyś sprzedałem swój egzemplarz pierwszej edycji i długo czekałem aż pojawi się nowa, a dosłownie, gdyż wraz z podstawką zakupiłem dwa dodatki, w tym War Stories z polską „armią”. Niby nic nadzwyczajnego, ale znacznie przyjemniej rzuca się kostkami gdy wyobrazimy sobie, że bunkry na poszczególnych mapach szturmują nasi żołnierze a my staramy się im w tym pomóc. A właśnie, skoro o mapach mowa, wliczając dodatki jest ich tak dużo, że nie ma opcji aby ta gra mi się szybko znudziła. Liczę, że utrzyma się w TOP 3 także i w miesiącu grudniu.

5

BABYLONIA – Tuż za podium znalazła się najnowsza „duża” gra Reinera Knizii. O rety, jaka ona jest dobra! W początkowych partiach, granych głównie dwuosobowo, człowiek ma wrażenie, że nie wie co robi (albo że tylko wydaje mu się, że wie). Owszem, system punktacji jest znany, ale dopiero po czasie odkrywa się małe i większe niuanse tej gry. Z każdą kolejną rozgrywką gracze szybciej wchodzili ze sobą w interakcję – sprytne blokowanie, wyszukiwanie kluczowych lokalizacji, ataki na Zigguraty oraz pola, żeby zdobyć ich bonusy, zagranie kilku farmerów w odpowiednim momencie… Mam taką cichą (a może i głośną) nadzieję, że mój zachwyt nad tą pozycją nie przeminie wraz z jesienno-zimowym wiatrem. Dlaczego? Bo to świetny Knizia nie-w-takim-starym stylu. Wprawdzie wziął trochę Samuraja i Przez Pustynię i posypał szczyptą Taj Mahal, ale to wcale nie jest chrupanie własnego ogona czy też gotowanie się we własnym sosie. Przyznaję, przez jakiś czas nie mogłem się do niej przekonać, ale po raz kolejny okazało się, że gier Knizii nie ocenia się „na sucho”, tj. poprzez oglądanie przykładowych rozgrywek (a już tym bardziej nie poprzez lekturę samej instrukcji). Kapitalny tytuł z idiotycznymi stojakami na żetony, dlatego czym prędzej zakupiłem do nich woreczki. 🙂

2

LAGUNA – Kolejna gra od Knizii. Babylonia light? No, tego bym nie powiedział, ale… to też nie całkiem taka prosta i kolorowa gra „nur für die Familien”. Jak się gracze zawezmą, to może być gorąco. O ile pierwsza część jest raczej takim badaniem terenu, swobodnym pływaniem sobie wokół wysepek i powolnym wdrapywaniem się na nie, o tyle w drugiej trzeba już być bardzo uważnym, żeby nie zostać odciętym od kluczowych lokalizacji. Różne sposoby zdobywania punktów nie pozwalają na szczęście na to, aby szybko odpaść z rywalizacji o zwycięstwo. Zawsze coś tam się skubnie, choć wyniki mogą być dość rozbieżne, co oznacza, że można w Lagunę grać i lepiej, i gorzej. To tylko dobrze o niej świadczy. Dodatkowo w grze dwuosobowej trzeba dużo uważniej planować swoje ruchy, bo jak rywal odskoczy, to nie ma zmiłuj.

ZOMBICIDE CZARNA PLAGA – Skoro się zagrało w scenariusz wprowadzający, to trzeba było koniecznie spróbować także i „normalnej” rozgrywki. Gra jest prosta – to chyba najlepsze słowo, które ją opisuje. Oprócz łatwych do opanowania zasad ma również bardzo czytelny i błyskawiczny sposób prowadzenia gry przez „wirtualnego” gracza, którego zadaniem jest rzucanie nam kolejnych kłód, tj. zombie pod nogi (niemalże dosłownie). Ot, odkrywamy kartę i wszystko jest już jasne. Nawet konieczność grania wszystkimi sześcioma postaciami, niezależnie od tego w ile osób zasiądziemy przy stole, nie jest szczególnie uciążliwa. In minus? Kolejne tury wydają się być dość powtarzalne, ale przecież w grach o tematyce zombie nie chodzi o zdobywanie punktów zwycięstwa na sto różnych sposóbów, czyż nie? 🙂

1

AFTER THE VIRUS – Przypomniało mi się, że mam coś jeszcze Fryxeliusa oprócz Terraformacji Marsa. Jedna rozgrywka zakończona porażką, ale nie wiem, czy na sto procent grałem dobrze. Chyba się po prostu nie przyłożyłem, ale dam jej jeszcze szansę.

ARCHITEKCI ZACHODNIEGO KRÓLESTWA – Była to próba zmierzenia się z automą (ale nie solo), żeby wypróbować jej możliwości. Całkiem nieźle to wyszło. Początkowo gra podobała mi się najmniej z całej serii i zdanie podtrzymuję, ale tylko w kwestii rozgrywek dwuosobowych. Dla 3 i więcej osób – bardzo przyjemne euro!

NAJEŹDŹCY Z PÓŁNOCY – jakie to proste w teorii – połóż jeden pionek i jeden zabierz. Ale trzeba się kolorystycznie wstrzelić w dostępne pola akcji. Gra fajnie się rozwija, gdzie z czasem mamy więcej dostępnych możliwości, ale i trzeba się z nimi uwijać, bo sami decydujemy o tym, kiedy gra się zakończy. Niezłe, koniecznie trzeba spróbować raz jeszcze.

ZAMKI BURGUNDII GRA KOŚCIANA – Przegrała rywalizację z Troyes Dice, ale to dla mnie wciąż jedna z najlepszych turlanek. I zdecydowanie powinno się w nią grac solo, bo i tak nie zwracamy uwagi na to, co robią inni gracze, więc po co ich angażować? 🙂

PANDEMIC HOT ZONE – Odkąd dołączył do kolekcji, duży Pandemic stoi i pachnie, tzn. ładnie się prezentuje na półce. Nie powiedziałbym, że jest to łatwiejsza odmiana swego świetnego pierwowzoru, ale też nie jest to jakaś planszówkowa rewolucja. Ja jednak Pandemię lubię i czekam na kolejne jej wcielenia – także z tej serii. Może być ciekawie. Ps. W Hot Zone można zagrać prawie „na kolanie”. 🙂

MR. JACK – Nie da się w niego grac non-stop, ale raz na jakiś czas przyjemnie wysilić szare komórki. I Jackowi uda się nawet czasem uciec. 🙂

LITTLE TOWN – Dobry wstęp do cięższych gier euro. Mało skomplikowana, ale nie bezmyślna. Powinna się nieźle sprawdzić z graczami, którzy świat planszówkowy znają głownie od strony Splendora.

STAR WARS PRZEZNACZENIE – Zestaw startowy jest, boostery są – trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Co ćwiczyć? Rzuty kostką, ma się rozumieć. 🙂

WYPRAWA DO EL DORADO – O, i znów Knizia. Ależ on potrafi wziąć nas (jeśli nie Was, to mnie na pewno) z zaskoczenia. A przecież za każdym razem nam (mi) się wydaje, że u niego wszystko już zostało dawno powiedziane. Wspaniała gra rodzinna o przejrzystych zasadach, gwarantująca mnóstwo fajnej zabawy.

LORENZO IL MAGNIFICO – Włosi leżą i się kurzą, nie pamiętam już nawet kiedy grywałem w nich regularnie. Ale obiecałem sobie, że raz w miesiącu na stole wyląduje jakiś ich tytuł i tym razem padło na Wawrzyńca. I jak zwykle był to dobry wybór.

CARPE DIEM – A tu ciekawy powrót, czy może raczej przedsmak nowego Felda, który (w teorii) mnie nie porwał, ale jednak zamówiłem (mowa o Bonfire). Bo jak już krytykować, to tylko trzymając pudełko w dłoniach a nie oglądając rozgrywki na YT. O dziwo, CD całkiem dobrze „weszło”, bo to zła gra nie jest, tyle że trzeba ją sobie odpowiednio dawkować. Czy tylko raz w miesiącu? Chyba tak. No, może ze dwa razy, jeśli Bonfire faktycznie nie podejdzie. 🙂

SZKLANY SZLAK – A to jeszcze większa niespodzianka, bo już prawie zapomniałem, że mam tę grę w kolekcji. Krótki i intensywny Rosenberg, chociaż pozostaje niedosyt, bo chciałoby się zagrać jeszcze jedną rundę, i jeszcze jedną… 🙂

KAWERNA JASKINIA KONTRA JASKINIA – Druga gra od Uwe w tym miesiącu. Te małe wydania są przeze mnie nad wyraz lubiane, bo szybko się je rozkłada i równie sprawnie toczy się sama rozgrywka. Gdyby tylko mógł „zminiaturyzować” wszystkie swoje najpopularniejsze tytuły, byłbym prawdopodobnie jednym z pierwszych, który sprawiłby sobie całą ich kolekcję 🙂

Jeśli jeszcze nie znacie „małej” Kawerny to zapraszam do obejrzenia:

Plan na grudzień? Ten sam co zawsze – więcej Felda, ale przede wszystkim więcej grania! 🙂

Tekst i zdjęcia w tekście – własne. Miniaturka – pixabay.com

By Marcin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *