pt. Gru 4th, 2020

Pytanie postawione w tytule zdaje się z jednej strony zdradzać moje lekko stronnicze podejście do tematu, wszak dałem w nim jasno do zrozumienia, że oryginalne Troyes bardzo lubię. Z drugiej jednak – swemu „młodszemu bratu” zawiesza ono poprzeczkę dość wysoko. Jak to zatem jest z tym Troyes Dice? Zapraszam do lektury.

Na wstępie muszę przyznać, że zabierając się do recenzji tej gry miałem jednak trochę wątpliwości, czy rzeczywiście powinienem oceniać ją przez pryzmat swego zacnego poprzednika. Pozornie wydaje się to być dość oczywiste, ale przecież świat gier planszowych w ostatnich latach powiększył się o całą masę różnego rodzaju turlanko-wykreślanek, wiec jakiejkolwiek porównania powinienem był raczej zastosować względem tego segmentu rynku. Myślę jednak, że i na to znajdzie się miejsce.

Nie chciałbym zanudzać Was opisem samej rozgrywki, zwłaszcza że przygotowałem materiał video, w którym – mam nadzieję – udało mi się uchwycić wszystkie jej aspekty. Jeśli więc nie mieliście jeszcze okazji się z nim zapoznać, to zapraszam gorąco do obejrzenia poniższego filmiku.

Zacząłbym jednak od wytłumaczenia się, dlaczego tak bardzo podoba mi się oryginalne Troyes, bo w końcu od tego zacząłem swój wywód. No cóż, zaskoczenia tu chyba nie będzie, wszystko to bowiem ze względu na moją sympatię do… Stefana Felda, który ze zwykłych kości k6 uczynił zgrabny element mechaniki niejednej ze swych gier. W podobny sposób, ba może i jeszcze lepszy, normalne, przeciętne kostki „zainstalowała” w swojej grze trójka (prawdopodobnie) belgijskich projektantów. Niektórzy mawiają, że Troyes jest najlepszą grą Felda, której Feld nie zrobił, więc samo to powinno wystarczyć za rekomendację.

Inna sprawa, że w grach planszowych preferuję rozwiązania taktyczne ponad strategicznymi, nie odnosząc tego bynajmniej do gier stricte wojennych. Zawsze bowiem dużo ciekawsze było dla mnie granie na zasadzie „jak wycisnąć maksimum w danej sytuacji” aniżeli długofalowe planowanie pod z góry określony cel. Troyes oferuje zdrową mieszankę jednego i drugiego a losowy dobór postaci, które pojawiają się w grze oraz możliwości, jakie nam stwarzają, sprawia, że z czystą satysfakcją zasiadam do kolejnych partii. I tylko system punktacji, polegający na żmudnym zbieraniu kafelków i przeliczaniu ich na koniec gry, wydaje mi się nie tyle dziwny, co po prostu zbędny. Ale to detal.

Wróćmy jednak do clou recenzji, czyli do Troyes Dice. Tak w żołnierskich słowach – podobne do oryginału? I tak, i nie. Tak, bo to jednak gra wywodząca się z Troyes, używająca tej samej kolorystyki i symboliki, trzymająca się tego samego tematu, ale i nie, gdyż – takie odnoszę wrażenie – autorzy bardziej starali się osadzić mechanizmy w klimatach Troyes aniżeli oryginał przerobić na zgrabną grę kościaną. Ale nie oznacza to, że końcowy efekt jest niezadowalający. Wręcz przeciwnie.

elementy gry tuż po otwarciu pudełka

Na pewno jednak rzuca się nam w oczy fakt, że jest to tytuł przeznaczony dla 1 do aż 10 graczy. Od razu sugeruje nam to, zanim jeszcze zagłębimy się w instrukcję czy obejrzymy bądź przeczytamy recenzje, że jest to tzw. wieloosobowy pasjans a jedyna „interakcja” bierze się z końcowego podliczania punktów i wyłaniania w ten sposób zwycięzcy. Tego akurat trochę mi brakuje z oryginalnego Troyes, gdzie wiele elementów było bardzo sprytnie pomyślanych – interakcja nie była bardzo negatywna, ale też pozwalała na subtelne zagrywki (walka z najeźdźcami, zajmowanie miejsc w poszczególnych lokalizacjach, podkupywanie kości…), które trochę ograniczały pole manewru naszych rywali i co ważniejsze – powodowały, że w ogóle zwracamy uwagę na to, co robią inni.

W Troyes Dice tego nie uświadczymy. Mam wrażenie, że nie ma na to nawet specjalnie czasu, bo zajęci jesteśmy wybieraniem jak najlepszej opcji dla nas, a nie podglądaniem jakie budynki zakreślają inni. Autorzy postarali się wręcz o to, abyśmy byli na tyle mocno skupieni na sobie, żebyśmy nie musieli sobie zawracać głowy obecnością innych (czy to dobre z czysto towarzyskiego punktu widzenia – to temat na osobną dyskusję) a co dopiero tym, co tam gryzmolą na swoich skrawkach papieru. Zdarzało mi się „zawieszać” na kilka chwil, bo kombinowałem, czy lepiej wydać jedną monetę na kostkę żółtą, czy może lepiej za zero monet zmienić kolor i wartość leżącej tam kości czerwonej. I tu rzeczywiście mogłem na sobie poczuć wzrok innych, połączony z delikatnym stukaniem palcami w stół, ale wtedy przynajmniej wiedziałem, że nie gram w tę grę sam i że warto byłoby się streszczać. Inni już dawno wykreślili swoje budynki a ja tu się jeszcze zastanawiałem, czy jednak nie wziąć jakichś zasobów bo a nuż…

I tu dochodzimy do jednego z najlepszych mechanizmów w grze. Otóż bowiem nie ma w niej nic (no, prawie nic) za darmo, w sensie że rzucasz, zakreślasz jakąś liczbę i lecisz dalej. Jeśli nie chcemy sobie ograniczyć wyborów w przyszłych rundach, musimy się na nie zawczasu przygotować. Kości najczęściej kupujemy za pieniądze, więc nie może nam ich zabraknąć. Nigdy nie wiemy bowiem gdzie wypadnie nam czarna kostka, czy akurat nie zablokuje nam pola o wartości zero. Nierzadko zdarzało mi się odpalić akcję z budynku żółtego (przeliczanie żółtych płytek na monety) i opływałem w kasę, po czym po 3-4 kolejkach okazywało się, że wszystko przepiłem na kości o najwyższych wartościach i trzeba było się w nią na nowo zaopatrzyć.

porównanie kości z Troyes i Troyes Dice

Kolejnym bardzo fajnym pomysłem jest kość czarna. Pal licho wspomniane już blokowanie płytek; zabawa zaczyna się tak naprawdę od trzeciej rundy i to wtedy dopiero możemy poznać prawdziwą jej siłę. Ile to razy zdarzało mi się krzyknąć „no nie!”, gdy zmuszony byłem wykreślić białe budynki, które już za moment, za dosłownie chwileczkę miałem sobie odpalić do końcowej punktacji. Mina gracza, w tym przypadku – moja, bezcenna. Za wszystko inne zapłaciłem przelewem.

A skoro już jestem przy budynkach białych, to chciałbym pochwalić autorów za jeszcze jedną rzecz. Bardzo podoba mi się opcja dostosowywania sposobu punktowania końcowego do własnych potrzeb… lub możliwości. Standardowo zbieramy punkty za zakreślonych ludzików na dole, dostajemy też jakieś drobiazgi za zasoby, których nie zużyliśmy, ale także możemy – poprzez zakreślenie odpowiednich postaci – wybrać sobie kto i ile „dołoży” się nam do końcowego wyniku. To sprawia, że za każdym razem próbujemy grać inaczej, bo inne wybory początkowe determinują nam naszą mini-strategię na finałowe podliczanie.

Nie łudźmy się jednakowoż, to nie są wybory nie-wiadomo-jakie, ale samo kombinowanie jak to wszystko najlepiej poskładać jest naprawdę bardzo przyjemne. Jedną z najlepszych turlanek jakie mam w kolekcji są kościane Zamki Burgundii. To też praktycznie pasjans, ale najlepsze w nim jest to, że sami do jakiegoś stopnia jesteśmy w stanie decydować o naszej sytuacji w przyszłości. Jeśli mamy do zakreślenia mnicha i możemy to zrobić albo na pojedynczym, tj.jednoheksowym, obszarze (tylko za jeden punkt, ale i od razu za bonus, który nam on daje), albo na podwójnym lub potrójnym (nie ma bonusa, ale może będzie więcej punktów), to dla mnie – biorąc poprawkę na poziom skomplikowania tego typu gier, czyli znikomy – są to realne wybory a nie tylko ich namiastka.

Troyes Dice uderza praktycznie w tę samą nutę. Widzę w nim trochę więcej kombinowania bieżącego a mniej przygotowywania się na ileś tam rund do przodu, ale nie oznacza to, że możemy całkowicie odpuścić sobie jakiekolwiek rozważania o tym, co stanie się za chwil kilka. Zwłaszcza że widać kolory płytek, na jakich wylądują przezroczyste kości i zdecydowanie warto wziąć pod uwagę to, jak owe kolory będziemy mogli najlepiej wykorzystać. Również w sytuacji, w której zdecydujemy się na punktowanie za białe postaci, zawsze chętniej będziemy spoglądali na te rzędy budynków, które na koniec przyniosą nam dodatkowy zastrzyk „pezetek”.

Gra z miejsca stała się u mnie hitem i nawet nie dlatego, że jest taka ach-och, ale właśnie ze względu możliwość przyjemnego kombinowania bez uczucia nadmiernej wtórności. Czasem nawet człowiek nie ma okazji, aby pograć we dwie osoby (o większym gronie nie wspominając), więc i dla jednego gracza będzie to opcja jak znalazł. Dodatkowego smaczku dodaje nam mini-rozszerzenie, który jednak u mnie na stole gości rzadziej. Wynika to bardziej z tego, że tak się wkręcam w to całe kalkulowanie najlepszego ruchu, że czasem zapominam o tym, żeby płytkę obrócić na drugą stronę, albo zapłacić zasobem za wybraną kość. I nie jest to bynajmniej kwestia roztargnienia, ale właśnie tego, że samo przyglądanie się swojej planszy gracza dawno nie było tak angażujące.

Mogę więc szczerze grę polecić, zwłaszcza że autorzy nas rozpieszczają i na oficjalnej stronie wydawnictwa (Pearl Games) zamieścili dwa wyzwania, z którymi możemy się zmierzyć. Mamy odpowiednio przygotowaną planszę na start oraz nieznacznie zmieniają się zasady samej rozgrywki. Są tam również wyniki uzyskane przez samych twórców. Spróbujecie je pobić? 🙂

Troyes Dice
Autorzy: Sébastien Dujardin, Xavier Georges, Alain Orban
Liczba graczy: 1-10
Wiek: 12+
Czas rozgrywki: 30 minut

tekst i zdjęcia własne, obrazek w nagłówku – bgg

By Marcin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *